10 lat bez ks. Józefa Tischnera ;-(




Dziś minęła 10 rocznica śmierci
księdza Józefa Tischnera, przyjaciela JP II.

Sięgam pamięcią do czasów mojej młodości,
gdy miałem zaszczyt nie tylko poznać (razem
z moją "świeżo upieczoną" żoną Grażynką)
ks. Józefa Tischnera, ale kilkukrotnie
mu towarzyszyć jako swego rodzaju jego asystent
w czasie jego licznych pobytów
w Gdańsku w 1981 roku.

Myślę tu o jego wykładach w Duszpasterstwie Akademickim u Dominikanów w Gdańsku (Bazylika św. Mikołaja) jak i słynnych
homiliach w trakcie Mszy świętych, odprawianych każdego dnia
na pamiętnym I Zjeździe NSZZ "Solidarność" w gdańskiej Hali "Olivia".


 

Każdy kto miał okazję poznać księdza "Józka" wie, że spotkania z nim to były  niesamowite chwile...

Gdy myślę o nim dziś (wtedy 29 lat temu - pewnie było tak samo) nie myślę: ksiądz, tylko myślę: człowiek, fajny człowiek.

No może słowo "asystent" użyte na początku tego tekstu to tak trochę na wyrost, ale:

Najpierw spotkania/wykłady Tischnera u Dominikanów.

Jako członek redakcji niżej opisanego, podziemnego biuletynu "Dołek",
byłem odpowiedzialny za nagrywanie tych wykładów wybitnych osób na magnetofon,
by można je było potem przepisać i opublikować w "Dołku".

Ks. Józef Tischner mieszkał wtedy w Oliwie (w kurii biskupiej albo w seminarium - nie rozróżniam wewnętrzej geografii tych pomieszczeń)
i byłem u niego właśnie w Oliwie, w jego pokoju, by przedstawić mu do adjustacji jego tekst, zapis jego wykładu na "Górce"
(nazwa naszego duszpasterstwa akademickiego u OO.Dominikanów w Gdańsku)
który miał ukazać się  w konspiracyjnym pisemku duszpasterstwa akademickiego gdańskich dominikanów: "Dołek"
("Dołek" jako kontrast do nazwy DA "Górka"). Musiałem trochę poczekać,
bo jacyś młodzi klerycy z gdańskiego seminarium przeprowadzali z nim wywiad,
nagrywając go, jak pamiętam na zupełnie amatorskiego Grundiga.

Od tych kleryków nauczyłem się zresztą (siedząc i słuchając tego wywiadu niejako "na żywo"),
jak prawidłowo zwracać sie do Tischnera: księże profesorze.

Po zakończeniu wywiadu klerycy wyszli i zostaliśmy sami. Siedziałem jak trusia
a ks. Tischner nanosił poprawki na swój tekst (maszynopis), który mu przyniosłem.
Potem zrobił mi herbatę i trochę rozmawialiśmy.
Szkoda, że byłem wtedy taki nieopierzony w sprawach filozoficzno-teologicznych
i nie mogłem należycie wykorzystać tego spotkania / tego czasu.

Tekst adjustowany (ręczne uwagi na marginesach maszynopisu, przed skierowaniem tekstu do druku)
przez ks. Tischnera z jego odręcznymi uwagami przechowuję do dziś jako
jedną z najcenniejszych moich pamiątek z tego okresu krótkiego powiewu wolności.

ciąg dalszy nastąpi ... ;-)

Wasz Michael

---------------------------